piątek, 30 września 2016

Jerzy Spalatin

Jerzy Spalatin
Jerzy Spalatin odegrał znaczącą rolę dla rozwoju reformacji jako kaznodzieja i sekretarz elektora saskiego Fryderyka III Mądrego. Spalatin studiował na uniwersytetach w Erfurcie (1498–1499, 1505) i w Wittenberdze (1502–1503). Wcześnie związał się ze środowiskami humanistycznymi. W 1505 roku zaczął nauczać w klasztorze Georgenthal i w 1508 roku został wyświęcony przez tego samego biskupa, co Marcin Luter - Jana Bonnemilcha von Laasphe. Następnego roku objął stanowisko nauczyciela młodego księcia Jana Fryderyka, późniejszego elektora. W 1512 roku został bibliotekarzem Fryderyka III Mądrego. Wkrótce stał się najbardziej zaufanym współpracownikiem księcia elektora. Swoje wpływy wykorzystywał, by chronić przed sądami humanistów i poetów. Poznanie Doktora Marcina Lutra zmieniło jego życie i, jeszcze zanim porzucił katolicyzm, korzystał z jego rad. To właśnie Spalatin zdobył u elektora poparcie dla Lutra, chociaż próbował nieco powstrzymywać jego gwałtowne działania i to wpływom Jerzego Spalatina można przypisywać niepewną postawę mnicha augustiańskiego we wczesnych latach reformacji. W 1518 roku Spalatin towarzyszył elektorowi na sejmie w Augsburgu, negocjował z kardynałem Kajetanem i nuncjuszem Miltitzem, był obecny przy wyborze i na koronacji Karola V oraz na Sejmie w Wormacji. Podczas pobytu Lutra na zamku Wartburg umożliwiał mu korespondencję z Wittenbergą. Przekładał listy reformatora do elektora z łaciny na język niemiecki. Pomimo trudności jego sytuacji na dworze Fryderyka III Mądrego, który pozostał wierny wierze katolickiej, Spalatin próbował przekonać księcia do poglądów Lutra, co poskutkowało zniesieniem niektórych obrzędów w wittenberskim seminarium duchownym. Po śmierci elektora utrzymał swą pozycję na dworze, jednak jego stałą siedzibą stał się Altenburg, gdzie objął stanowisko kaznodziei. 13 sierpnia 1525 roku wygłosił swoje pierwsze kazanie. Jego próby zreformowania seminarium w Altenburgu spotkały się z oporem, zwłaszcza, że jego małżeństwo stało się okazją do krytyki, jednak wykorzystując prawo świeckie, przeprowadził dzieło reformacji. W 1526 roku towarzyszył elektorowi Janowi Mocnemu na sejmie w Spirze, brał także udział w wizytacjach parafii. Od 1528 roku Spalatin był superintendentem w Altenburgu. Zebrał wszystkie kamienie półszlachetne opisane w Objawieniu (Apokalipsie) Jana - kolekcję można obejrzeć na specjalnej wystawie poświęconej osobie Jerzego Spalatina w altenburskim zamku. W 1530 roku uczestniczył w sejmie w Augsburgu, towarzyszył księciu podczas wyboru króla Ferdynanda w Kolonii, brał udział w zawieraniu pokoju z Cadan (1534) i w tworzeniu artykułów szmalkaldzkich. Przez całe życie utrzymywał ścisły kontakt listowny z Doktorem Lutrem. Niestety, jego listy do reformatora nie zachowały się. Znamy jednak treść odpowiedzi, które niejednokrotnie zaskakują swoją bezpośredniością, na przykład jeśli chodzi o relacje damsko-męskie…

Jerzy Spalatin pozostał związany z Uniwersytetem w Wittenberdze i często go odwiedzał. Pod koniec życia popadł w melancholię, jednak był aktywny aż do śmierci. Zmarł 16 stycznia 1545 roku, dzień przed swoimi 61. urodzinami. Pochowano go przed ołtarzem kościoła miejskiego św. Bartłomieja, w którym piastował stanowisko proboszcza. Jego szczątki sprofanowano.

wtorek, 27 września 2016

Gotujemy z Lutrem ... szczupaka!




Szczupak w polskim bulionie:
Pokrojone kawałki szczupaka ugotować w solonej wodzie a następnie zdjąć z niego skórkę i położyć go na kotle. Ugotować groch z cebulą, o ile lubi się taką mieszankę, i zalać ją winem. Odcedzić groch i cebulę od wina na płótnie a tak oddzielonym winem polać szczupaka. Dodać 2 posiekane cytryny, gałkę muszkatołową, cynamon, szafran oraz imbir. Sos wzbogacić cukrem i trzema/czterema żółtkami. Jeśli nie jest on dostatecznie gęsty, posypać rybę startą kromką chleba i dodać odrobinę cukru i cynamonu.

E. Strauchenbruch, Luthers Küchengeheimnisse, Leipzig 2015, 54.

sobota, 24 września 2016

CIEKAWOSTKA REFORMACYJNA: post

Huldrych Zwingli

Protestanci odrzucili praktykowanie postu jako wystrzegania się potraw mięsnych już od początków reformacji. H. Zwingli organizował w Zurychu publiczne jedzenie mięsa w piątki. W Kościele Ewangelicko-Augsburskim poszczenie w czasie pasyjnym pozostaje indywidualną decyzją wiernych. Warto dodać, iż post może mieć wymiar duchowy jako wyrzeczenie się przyjemności, chęć nawrócenia i pokuty.

środa, 21 września 2016

Zwyczaje żywieniowe i sekrety kuchenne sprzed 500 lat…

Z cyklu Cytat na Weekend
Jednym z aktualnych problemów ludzkości jest odpowiedzenie sobie na pytanie, czy nasza planeta jest w stanie wyżywić każdego jej mieszkańca. Doktor Marcin Luter nigdy w to nie wątpił, podkreślając, że „wszystko zostało stworzone dla nas w wystarczającym stopniu, wszystkie morza są w naszych piwnicach, wszystkie lasy – w naszych polowaniach, gleba pełna jest srebra i złota, i niezliczonych owoców, tak, że wszystko stworzone jest dzięki naszej woli a Ziemia jest naszą skrzynią ziarna i spiżarnią” (WA TR 3, 3458). Jednocześnie Reformator stale mówił o Wielkim Dziele Stworzenia przez Boga Ojca, które poprzez ludzką pracę zostawało zachowywane.

Jednak już przed pięcioma stuleciami Europa borykała się z kłopotami żywnościowymi. Zmienne warunki pogodowe i ekonomiczne – a więc i zasobność portfela - dyktowały dostępność produktów na stole. Czy nie wydają się nam one łudząco podobne do aktualnych problemów w tej kwestii? Na kupno pożywienia przeznaczano w XVI wieku średnio dwie trzecie domowego budżetu. Powszechne było przeświadczenie, że trzeba jeść dużo, by zachować siłę fizyczną. Dziennie spożywano od 4000 do 5000 kcal! Wprawdzie mieszczanie i rolnicy wykonywali prace fizyczne i o braku ruchu nie mogło być mowy, jednak ta dawka energii pozostawała w dużym nadmiarze w stosunku do potrzeb człowieka. To prowadziło do pospolitego obżarstwa i tycia, którego wyrazem był zmieniający się obwód brzucha. Otyłość traktowano jednak jako oznakę dobrobytu, z resztą pokolenie moich dziadków uważało podobnie… Również w trunkach panowało nieumiarkowanie!

Przed reformacją cała Europa należała do jednego Kościoła dyktującego przyzwyczajenia żywieniowe wiernych. Jak wyliczono, post obowiązywał przynajmniej trzecią część roku – 40 dni adwentu i czasu pasyjnego, wszystkie piątki miesiąca i dodatkowe/lokalne święta liturgiczne. Niektórzy szacują, że trwał on nawet 150 dni w roku! Dyspensa od postu obowiązywała dzieci i osoby starsze. W tym czasie nie zmieniano także pościeli… Problem w tym, że od III wieku naszej ery plemiona germańskie rozpowszechniły w swym jadłospisie potrawy mięsne. Naturą wojownika było jedzenie mięsa. Tak silnie zakorzeniona tradycja przetrwała do czasów Lutra. Niemożliwym wydawało się zmienienie zwyczajów kulinarnych, tak silnie tkwiących w umysłach Niemców i dlatego umownie przestano traktować ryby jako potrawy mięsne. Te ze spokojem można było jadać w piątki…

Z ówczesnych książek kucharskich i rycin znamy poszczególne przepisy, techniki gotowania i wiemy, jak wyglądała kuchnia. W XVI wieku nie znano nowoczesnych metod konserwujących, jak zamrażanie, pasteryzacja czy wekowanie. Produkty żywnościowe suszono, wędzono, marynowano w soli, oleju czy tłuszczu zwierzęcym. Ludzie jedli to, co było łatwiejsze do zdobycia – w okresie od Bożego Narodzenia do Wielkanocy brakowało świeżych winogron, jadano wtedy rodzynki, w lecie świeża wieprzowina i wołowina nie były dostępne, jedzono więc mięso peklowane lub wędzone, możliwie – drób czy dzikie ptactwo.

A świąteczne potrawy? W czasie Bożego Narodzenia na niemieckich stołach witała wieprzowina, chleb i ciasta, groch, fasola, smażone ryby i makówki. Na Wielkanoc podawano rolady, ciasta miodowe, babki piaskowe, naleśniki, zapiekanki z sera owczego i precelki. Okres narodzin dziecka świętowano szczególnie słodko. Zaraz po chrzcie niemowlę dostawało mieszankę miodu i śmietany, co miało swoje tradycje w opisie Narodzenia Mesjasza w Księdze Izajasza („Śmietanę i miód spożywać będzie, aż się nauczy odrzucać zło, a wybierać dobro.” (Iz 7, 15); „…a dzięki obfitemu udojowi mleka będzie jadł śmietanę. Zaiste, śmietanę i miód jeść będzie każdy pozostały w kraju.” (Iz 7, 22)). Wierzono, iż wiarę można przekazać poprzez doświadczenia smakowe, jak również dzięki oczom i uszom. Pieczone w tym czasie ciasta miodowe, przystrajane symbolami bożonarodzeniowymi i pierwszymi literami imienia i nazwiska dziecka, składano Dzieciątku Jezus w ofierze.

W rozmaitych warstwach społecznych, podobnie jak dzisiaj, jadano co innego. Strawą dla ubogich i sierot były wszelkiego rodzaju zacierki, kaszki, kapusta kiszona ze słoniną. Rajcy miejscy spożywali wieprzowinę i wołowinę, jaja, chleb i bułki z masłem, warzywa (rzodkiewka, kapusta, jarmuż). Mieszczanie chętnie przyprawiali swe potrawy pieprzem, cynamonem, cukrem… Podczas uroczystości (np. wesela) goszczono się drobiem i dzikim ptactwem: kaczkami, gęsiami, czy kuropatwami. Zupełnie inne dania podawano w miastach położonych u zbiegu rzek, gdzie łowiono ryby (Wittenberga), co innego jedli mieszczanie terenów rolnych, jak w Palatynacie, skąd pochodził Filip Melanchton. W zakonach panowały indywidualnie dostosowane reguły, jeśli chodzi o ilość i godziny spożycia posiłków (np. podczas postu jedzono tylko raz dziennie), jednak i w nich trudno by opisać dietę jako jarską. Najlepszym przykładem niech będą spopularyzowane na Południu Niemiec Maultaschen, czyli pierożki z nadzieniem mięsnym (mnisi byli zdania, że Bóg nie widzi okrytego pierogiem mięsa…). Kuchnie zakonne znały moc ziół i przypraw. Jedzono kolorowe potrawy a barwiono je przy użyciu szafranu (na żółto), borówek (na niebiesko), czy fiołków (na fioletowo). Mimo „mięsnych naleciałości” kuchnię zakonną można uważać za lekkostrawną. Na zamku podawano upolowane w lasach mięso (dziczyzna, ptactwo łowne), nie gardzono trzymanymi w wolierach (klatkach) ptakami śpiewnymi, jak drozdy. Dania polewano zawiesistymi sosami. Chleb na stole to nie tylko część posiłku, lecz także talerz w jednym! Do dzisiaj zachowaliśmy ten zwyczaj, serwując żur wielkanocny… Ze specjalnych pucharów pito miody, piwo i wino. Ta zmiana potraw przygotowywanych w kuchni zakonnej na podawane ciężkostrawne na zamku Wartburg była zapewne jedną z przyczyn licznych zaparć u Doktora Lutra…

Jak widzicie Państwo zwyczaje żywieniowe i sekrety kuchenne naszych przodków mogą zadziwić niejednego. Wiele z nich przejęliśmy trudnym do opisania testamentem pokoleniowym, dlatego w najbliższym czasie na tej stronie powstanie cykl „Gotujemy z Lutrem”, odkrywający kulinaria sprzed 500 lat, byśmy jeszcze lepiej mogli poznać codzienność reformatora i… siebie.

Polecam!
1. E. Strauchenbruch, Luthers Küchengeheimnisse, Leipzig 2015.
2. L. Vogt, Das Luther-Melanchthon Kochbuch, Lindemann Verlag GmbH 2015.

sobota, 17 września 2016

Wybór Wydawcy

Kamil Basiński

Decyzja o wyborze wydawnictwa należy do jednej z najważniejszych w trakcie przygotowania książki. To dana redakcja określi szatę graficzną i strategię sprzedaży „Marcina Lutra w cytatach”, nada mu końcowy kształt i zechce go promować. Na początku 2016 roku wysłałem w tej sprawie e-maile do około 150 wydawnictw. W ciągu miesiąca odezwało się 70 oficyn zainteresowanych pomysłem. To dość sporo jak na nieznanego autora. W kolejnym etapie rozmów pozostało 25 z nich. Dziś, po upływie pierwszej połowy roku, rozmawiam z ośmioma wydawnictwami. Prawdopodobnie niebawem wykrystalizuje się, które z nich będzie moim Wydawcą. Aby podjąć ostateczną decyzję, muszę ustalić kilka niezwykle ważnych dla mnie kwestii…

Po pierwsze – przystępna cena książki. Nie sztuką jest wydać coś, co będzie zalegało półki księgarń, gdyż nie będzie mógł sobie finansowo pozwolić średnio zarabiający Polak. Taka sytuacja mija się dla mnie z celem wydania tej książki – w zamierzeniu „Marcin Luter w cytatach” ma dotrzeć do jak największej liczby Czytelników, spełniając cele statutowe podane na tej stronie fb projektu w zakładce Informacje (Długi opis) lub też na blogu w zakładce O książce. Cena egzemplarzu musi być zoptymalizowana o możliwie jak największą jakość wydruku zarówno tekstu, jak zamieszczonych w książce rysunków. Nie zapominam, że jest ona wydaniem jubileuszowym. Moim staraniem jest, by koszt zebranych przeze mnie myśli Doktora Lutra wahał się w granicy 20-25 złotych. Ta kwota zapewnia dobrą jakość oraz jest na tyle przystępna, by móc ją wydać na zakup książki.

Po drugie – strategia sprzedaży. Jestem nieznanym autorem na rodzimym rynku wydawniczym, temat proponowanej przeze mnie pozycji literaturowej jest niszowy, dlatego należy opracować mozliwie szeroki plan działania nagłaśniający ukazanie się jej. Strategia sprzedaży ma objąć zarówno tradycyjne metody, jak również wykorzystać najnowocześniejsze osiągnięcia techniki (np. księgarnie internetowe). Żyję i mieszkam w Niemczech, muszę zatem dopasować swoje możliwości czasowe do spotkań promocyjnych.

Po trzecie – wymagany wkład finansowy Autora w wydanie książki. Nie oszukujmy się – żadne wydawnictwo nie podejmie ryzyka objęcia wszystkich kosztów związanych ze sprzedażą i wydrukowaniem książki nieznanego autora. Czytelnictwo w Polsce wrzasta wprawdzie w ciągu ostatnich kilku lat, utrzymuje się jednak na ciągle relatywnie niskim poziomie. Współfinansowanie projektu z mojej strony jest nieodłącznym czynnikiem. Byłem tego świadom od samego początku toteż już w styczniu, w jednym z pierwszych postów na tej stronie, prosiłem Państwa – potencjalnych Czytelników tej książki – o wsparcie. Mój apel porusza coraz więcej ludzi dobrej woli, którzy wpłacają złotówki na podane konto z dopiskiem „książka 2017”. To niezwykle wzruszające i zobowiązujące moralnie! Dzięki ofiarności nieznanych mi Osób mogę w większym stopniu lobbować na rzecz niższej ceny egzemplarza i promocji „Marcina…” - im więcej zebranych pieniędzy od indywidualnych Wpłacających i Fundacji, tym śmielej artykułuję swoje warunki. Stajecie się Państwo nieodłączną częścią tego projektu: zarówno poprzez bezpośrednie wsparcie finansowe, jak i aktywność na stronach Facebooku i blogu książki. Cieszę się, że jest nas tyle – bez względu na światopogląd (w mailach piszecie, że jesteście ewangelikami, katolikami, czy osobami zupełnie niezwiązamymi z żadną religią), parytet portfela czy zapatrywania polityczne. Reformacja jako wydarzenie historyczne i jej osiągnięcia przed wszystkim w wymiarze językowym są dla Wszystkich!

Serdecznie pozdrawiam, Kamil Basiński.

środa, 14 września 2016

„Mam inną córeczkę w macicy…”

 
Dwoje dzieci (dwie dziewczynki) Marcina i Katarzyny odeszło za wcześnie. Gdy 3 sierpnia 1528 roku zmarła zaledwie dziewięciomiesięczna Elżbieta, rodzice byli pogrążeni  smutku. Przed pięcioma wiekami śmiertelność dzieci, z uwagi na zupełnie inne warunki higieniczne, była dużo wyższa niż dzisiaj. Właściwie bardzo rzadko kiedy wszystkie z nich dożywały wieku dorosłego. Filip Melanchton również pochował swojego dwuletniego syna Jerzego. Można powiedzieć, że śmierć nie była tak bolesnym doświadczeniem dzięki swojej powszechności (umierali przecież młodzi i starzy, dostępność do lekarstw była przywilejem, w jednym domostwie mieszkały wielopokoleniowe rodziny…). Tym niemniej jestem przekonany, że poczucie straty i żalu nie traci na swojej ponadczasowości. Wielkim pocieszeniem dla strapionego ojca była wieść, że Katarzyna ponownie spodziewa się dziecka. Doktor Marcin napisał wtedy: „Mam inną córeczkę w macicy…” (WA BR 4, 1310, 9f.). Ta myśl może wydawać się dziwaczna, w tamtych czasach była z pewnością niezrozumiała i stanowiła powód do zdumienia. Gdy jednak uświadomimy sobie, w jakim momencie, przez pryzmat jakich życiowych doświadczeń została ona sformułowana, dostrzeżemy jej  wyjątkowość i rewolucyjność zarazem, której reperkusje można znaleźć w rzeczywistości współczesnych par czekających na dziecko.

Mam inną córeczkę w macicy…” – te pięć (a właściwie siedem: Ich habe ein anderes Töchterlein im Uterus…) jakże osobistych słów chyba najpełniej odzwierciedlają ojcowską radość z dobrej nowiny. Doktor Marcin identyfikuje się zarówno ze swoją żoną jak i jeszcze nienarodzonym dzieckiem. Czas pokaże, iż jego przeczucie nie było pomyłką – 4 maja 1529 roku przyszła na świat kolejna córka, Magdalena.  Luter pragnie w tych słowach przeżyć wspólnie okres ciąży, wie, że jego żona, dziecko i on stanowią jedno, reformator przyznaje, że jest tym samym, co Katarzyna, jeśli chodzi o oczekiwanie następnego życia. Pionierstwo tej wypowiedzi przekracza jakiekolwiek schematy intelektualne!

Mam inną córeczkę w macicy…” – cytowana myśl, Szanowni Państwo, jest wyjątkowa również pod względem wiedzy medycznej na temat roli ojca w procesie poczęcia. Około 400 lat po Lutrze, na początku Republiki Weimarskiej, dyskutowano w kręgach intelektualistów, czy coś tak obscenicznego jak męskie nasienie może uczestniczyć w powołaniu nowego życia. Sprzeciwiała się temu m. in. światowej sławy niemiecka aktorka i piosenkarka, Marlene Dietrich. Tajemnicę dziedziczenia rozwiązano ostatecznie w oparciu o dokonania nowoczesnej genetyki molekularnej w latach 70-tych i 80-tych ostatniego stulecia. Ojciec Reformacji najwidoczniej nie miał w tym względzie wątpliwości – słowami Mam inną córeczkę w macicy…” wyraża dobitnie, że noszone przez Panią Doktorową w łonie dziecko, stanowi jego część. Ba, to upragnione życie jest taką samą częścią Katarzyny jak i Marcina! Skoro więc ona może „mieć w macicy” ich wspólne dziecko, to on także… Opłakujący stratę córki ojciec dowodzi jednocześnie, jak bardzo chce i wyczekuje następnego potomka. Taka postawa budzi nawet teraz szacunek! Przed pięcioma wiekami nie tylko śmiertelność dzieci, ale i sama dzietność była powszechna. To są dwa spośród wielu wyznaczników społeczeństwa rozwijającego się. Czworo, pięcioro potomków to swoisty standard, chciałoby się rzec „minimum przyzwoitości” (a propos jakże odmienny od aktualnego stanu rzeczy…). Rodziny, choć z sobą zżyte, nie przywiązywały zbytniej uwagi do emocjonalnej strony relacji międzypokoleniowej. Słowna euforia Lutra, wszechogarniająca radość i wyczekiwanie są jedyne w swoim rodzaju i urzekają…

 Mam inną córeczkę w macicy…” było na tyle rewolucyjne, że po 450 latach nadano tym słowom zupełnie inny wymiar. Zmieniający się obraz człowieka jako indywiduum cielesno-duchowego, nowe zdefiniowanie życia (czy jest nim płód, a może narodzone dziecko…) dokonały istotnych przemian w nowoczesnym położnictwie. Dzisiejsi tatusiowie, niezwykle identyfikujący się z matkami i dziećmi, mogą uczestniczyć zarówno w szkole rodzenia jak i samym porodzie. Ten innowacyjny pomysł wprowadziły w latach 50-tych ubiegłego stulecia Stany Zjednoczone, kraj protestancki (kto wie, może inspirując się myślą Lutra…). Obecność ojców  sprawia, że rodząca matka czuje się pewnie, nie jest bowiem sama. Niektórzy wyuczeni w czynnościach mężowie pragną przeciąć pępowinę i pomóc w ułożeniu dziecka na brzuchu matki. Doświadczeni położnicy spekulują, iż świadome i aktywne odbywanie porodu we dwoje daje ojcu pełne poczucie akceptacji potomka i eliminuje obawy przed kontaktem fizycznym z maleńkim dzieckiem. Istnieją tezy o negatywnym  wpływie obecności ojca przy porodzie na kształtowanie się więzi rodzinnych. Jedni twierdzą, że takie uczestnictwo jest przyczyną separacji, rozwodów. Literatura medyczna nie pozostawia jednak złudzeń: obserwuje się zdecydowanie więcej pozytywnych skutków uczestnictwa ojca w porodzie w porównaniu z negatywnymi. Nic zatem dziwnego, że zachodnie kraje katolickie, jak np. Francja w 1954 roku, umożliwiły tatusiom obecność na sali porodowej.  W Polsce odnotowano pierwszy tego typu poród w 1983 roku (B. Mazurkiewicz, A. Wietrzyńska, E. Dmoch-Gajzlerska, Decyzje o porodzie rodzinnym: przyczyny, motywy i uwarunkowania, Zdrowie i dobrostan 3/2014, 89-108).

I kolejny aspekt pokazujący nieprzeciętność słów Mam inną córeczkę w macicy…”: jak wcześniej, Luter pisząc je, naraża się na niezrozumienie, a kto wie – może i drwinę. To jednak nie przeszkadza szczęśliwemu ojcu w takim a nie innym określeniu własnej radości, które nie tylko uatrakcyjnia wypowiedź listowną, ale przede wszystkim podkreśla indywidualny stosunek reformatora do spodziewanego dziecka. W tych pięciu jakże przejmujących słowach Doktor Marcin inspiruje i prowokuje zarazem każdego z nas do indywidualnej oceny tego, co niesie los. Książę, student, czy rolnik, pani z kiosku, konduktor a może bibliotekarz to zupełnie inne osoby, ze specyficznym dla siebie bagażem doświadczeń życiowych i pakietem emocji oraz sposobem wyrażania ich, tak werbalnie jak i przy użyciu gestów… Ta nietuzinkowa deklaracja mobilizuje do pokonywania osobistych barier, ograniczeń. Nieistotne jest bowiem to, co pomyślą o nas inni, najważniejsze to przeżywać dany nam czas świadomie, po swojemu, nie powielając schematów książkowych, bez maski, teraz i szczerze, zgodnie z sobą. Ks. Marcin Luter szuka w sposób nadzwyczajny swojej roli przy ciężarnej żonie, decyduje się wesprzeć ją w tym okresie, bez względu na to, jak niecodzienna i szokująca wydaje się jego postawa. Czuje odpowiedzialność za Katarzynę i dziecko, to stanowi teraz priorytet…

Urodzona Magdalena zupełnie skradła serce Doktora Lutra! Podczas pobytu w twierdzy Coburg (1530) reformator zabrał z sobą namalowany przez Łukasza Cranacha Starszego portret najukochańszej córeczki. Była dla niego wielką radością – ale jak los zechciał – również wielką próbą. W wieku zaledwie 13 lat Magdalena zmarła w obecności ojca. Liczne źródła (WA TR 5, 5490-5502, WA BR 10, 146f., WA BR 12, 352f.) opisują dramatyczne rozstanie ks. Marcina z córką. Zapytał ją wówczas: „Magdalenko, moja córeczko, zostań przy mnie, przy swoim ojcu, czy chcesz do innego Ojca?” Dziewczynka miała wtedy odpowiedzieć: „Tak, Drogi Tato, jak Bóg zechce.” Na co ojciec miał wykrzyknąć: „Ty kochana córeczko!” (WA TR 5, 5494). 

Po jej stracie Luter nie poddał się przygnębieniu. Oparcie dodawało mu przekonanie, że Magdalena żyje w Bogu. To właśnie w wierze reformator odnalazł siłę do pokonywania przeciwności losu, z takiej postawy czerpię i ja na co dzień. Luter wprawdzie nie rozpaczał, ale i nie mógł zapomnieć utraty kochanego dziecka. Trzy lata po śmierci Magdaleny wspominał, że odeszła (H. Schilling, Martin Luther Rebell in einer Zeit des Umbruchs, 2014, 347-348) …

piątek, 9 września 2016

Dzieci Lutrów



Doktor Marcin Luter dość późno założył rodzinę i jeszcze później przyszło mu odkrywać uroki ojcostwa ze wszystkimi jego konsekwencjami. Co wiadomo o jego dzieciach? Jakim był ojcem?

XIX-wieczne litografie przedstawiają w wyidealizowany sposób rodzinę Lutrów skupioną na modlitwie przy stole, bądź też śpiewającą, gdy jej głowa i gospodarz domu przygrywa na lutni. Nieodłącznym towarzyszem Marcina, Katarzyny i ich dzieci jest Filip Melanchton. W domu reformatora panowała atmosfera pobożności i otwartości na drugiego człowieka: Lutrowie prowadzili bursę dla studentów, przyjmowali uciekinierów z krajów katolickich, gościli także książąt, kolegów uniwersyteckich Marcina w ramach tzw. Mów Stołowych.

Doktor Luter jest przykładem kochającego i troskliwego ojca, który jednak cenił dyscyplinę (H. Schilling, Martin Luther Rebell in einer Zeit des Umbruchs, 2014, 344-350) . Gdy wyjeżdżał poza Wittenbergę, zabierał portret córki, w listach do Katarzyny pytał o zdrowie pozostawionej w Czarnym Klasztorze gromadki lub też bezpośrednio adresował swój list do syna. Wyrażał się o nich w samych superlatywach, część z tych wypowiedzi znajdziecie Państwo w jednym z rozdziałów mojej książki. Jeden z wybranych cytatów będzie z pewnością wielkim zaskoczeniem! Tak powszechnie używamy powiedzenia autorstwa ks. Lutra na co dzień! Z drugiej strony, Marcin to człowiek w pełni oddany procesowi naprawy Kościoła. Powiększająca się rodzina nie była wymówką dla zwolnienia tempa, jeśli chodzi o sprawy Reformacji. Doktorowi Marcinowi nie przeszkadzał bawiący się w gabinecie (gdzie pracował) najstarszy syn Hans. Stosunek do niego przypominał szczególnie swoją srogością relacje Marcina Lutra z… ojcem. Ten schemat zachowań powielamy jakże często do dzisiaj, prawda? Niesforność dzieci była karana powszechnie stosowaną w tamtych czasach rózgą. Ojciec cieszył się w domu niezwykłym szacunkiem, stanowił wielki autorytet, z którym polemizowanie nie miało najmniejszego sensu. Nie zapominajmy jednak, że przed 500 laty istniał zupełnie inny obraz kobiety i mężczyzny, ich roli w społeczeństwie... Ten uległ diametralnej zmianie właściwie przed kilkoma… dziesięcioleciami. Skoro Lutrowie stali się modelem wychowawczym dla ewangelickich rodzin na przestrzeni wieków, nietrudno jest zrozumieć zasadniczość, zdyscyplinowanie, przywiązanie do hierarchii, porządku i tradycji wyrastających z nich osób, które przenosiły ten bagaż doświadczeń jako niepisany testament protestancki na kolejne pokolenia.

Przyjrzyjmy się pokrótce sylwetkom dzieci Marcina i Katarzyny Lutrów…

1.      Jan (Johannes, Hans) przyszedł na świat 7 czerwca 1526 roku o godzinie 14.00. Dzień później ochrzcił go diakon Jerzy Rörer, ojcami chrzestnymi zostali Jan Bugenhagen, proboszcz Kościoła Miejskiego w Wittenberdze a prywatnie przyjaciel rodziny i Łukasz Cranach Starszy (Marcin Luter był ojcem chrzestnym najmłodszej córki Cranacha – Anny). Mały Hans nie tolerował mleka,  było to wielkim przeżyciem dla jego ojca (WA BR 4, 89, 9-13). Jan nie studiował teologii, co było wyraźnym zaskoczeniem dla Doktora Marcina;  to wykształcony humanista, wysoki urzędnik księcia Saksonii, utrzymujący bliskie kontakty z dworem Albrechta Pruskiego w Królewcu i pochowany w tamtejszym kościele staromiejskim (zmarł 27 października 1575).

2.      Elżbieta (Elisabeth) – urodzona 10 grudnia 1527 roku przed południem, dostała imię po matce Jana Chrzciciela. Zmarła 3 sierpnia 1528 r., co pogrążyło w głębokim smutku rodziców. Pochowana dzień później na cmentarzu przed Bramą Elsterską.

3.      Magdalena przyszła na świat 4 maja 1529 roku i spowodowała, że w sercach opłakujących jeszcze ostatnie dziecko Marcina i Katarzyny zawitała ponownie radość. Tym samym stała się niejako ulubioną córką reformatora. Jednak i jej nie dane było dożyć wieku dojrzałego, zmarła 20 września 1542 roku w obecności ojca.

4.      Marcin (Martin) urodził się w dzień przed urodzinami reformatora, 9 listopada 1531 roku, co było dla niego wielką radością (WA TR1, 95) i sprawiło, że otrzymał imię po Doktorze Lutrze. Tata opisywał, jak jego siedmiomiesięczny syn bawił się ze szczenięciem (WA TR 2, 1638). W domostwie reformatora był szpic lub terier o imieniu Tölplin (mieszkał w domu) i dwa inne psy. Marcin spełnił pragnienie ojca i studiował teologię, jednak bez większych sukcesów. Zmarł 4 marca 1565 roku w wieku 33 lat, nie ukończywszy studiów, prawdopodobnie na skutek uzależnienia od alkoholu.

5.      Paweł (Paul), urodzony 28 stycznia 1533 roku, został ochrzczony dzień później. Studiował początkowo łacinę i grekę pod kierunkiem Filipa Melanchtona i Veita Winsheima. Za radą Melanchtona rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie w Wittenberdze. 29 lipca 1557 na podstawie pracy Oratio de pulmone et discrime arteriae tracheae et oesophagi; Luther: De aporismo sexto patris II. otrzymał doktorat z medycyny. 8 grudnia 1558 po wygłoszeniu wykładu De Arte medica et cura tuenda valetudinis uzyskał tytuł profesora na uniwersytecie w Jenie. Następnie został osobistym lekarzem księcia Jana Fryderyka II w Weimarze. Pozostał na tym stanowisku aż do kapitulacji miasta Gotha 13 kwietnia 1567. Wówczas przeszedł na służbę elektora brandenburskiego Joachima II. Po jego śmierci w 1571 został lekarzem elektora saskiego Augusta i jego następcy Christiana I. Z powodu niepokojów wywołanych przez kryptokalwinistów i różnic poglądów na dworze założył prywatną praktykę w Lipsku. W 1592 został ponownie osobistym lekarzem elektora saskiego. Paweł Luter prowadził eksperymenty chemiczne. Chciał wyprodukować złoto. Wynalazł przy okazji różne lekarstwa, np.: „Unguentum ex nitro“, „Magistrum perlarum“, „Magistrum collorum“ i „Aurum potabile“, które sprzedawano w saskich aptekach. Ożenił się 5 lutego 1553 roku w Torgawie z Anną, córką radcy dworu Veita von Warbeck. Miał sześcioro dzieci. Zmarł 8 marca 1593 roku.

6.      Małgorzata (Margarethe), ostatnie dziecko Lutrów, przyszła na świat 17 grudnia 1534 roku, gdy Doktor Marcin miał 51 lat. Najmłodsza córka reformatora otrzymała imię po jego matce. Jej życie potoczyło się zgodnie z wolą ojca: została żoną Erharda von Kunheim, urodziła dziewięcioro dzieci zamieszkała w pobliżu Mühlhausen w Prusach Książęcych i tam pochowano ją w 1570 roku.



A potomkowie Doktora Marcina Lutra? Obecnie żyje ich około 2800 i są zrzeszeni w tzw. Lutheridenvereinigung. Wszyscy pochodzą z linii najmłodszej córki Małgorzaty, nie wszyscy byli (są) ewangelikami. I tak, ojciec Alojzy Luter, z zakonu bernardynów, objął probostwo parafii św. Jana Chrzciciela w Longmont, Colorado, w 1924 roku.

poniedziałek, 5 września 2016

Gospodarstwo i sytuacja finansowa Lutrów



O czymś takim można mówić po ślubie Doktora Lutra z Katarzyną von Bora, od 15.06.1525. Wcześniej, po powrocie z zamku Wartburg, niemiecki reformator powrócił do klasztoru. Jako mnich nie był przyzwyczajony, by martwić się o jedzenie, czy ubranie. Po ślubie decyzją elektora saskiego Jana Mocnego ks. Luter otrzymywał rocznie 100 guldenów i przydział na żyto, opał i jęczmień a w 1526 roku elektor oficjalnie podarował Marcinowi i Katarzynie opuszczony przez augustianów na skutek sekularyzacji budynek Czarnego Klasztoru (oboje mieszkali w nim od czasu zaślubin). Stale rosnąca inflacja w Saksonii i popularność uniwersytetu w Wittenberdze sprawiały, że dochody Doktora Marcina wzrastały. I tak, w 1525 roku do sumy 200 guldenów rocznie (minimum egzystencjalne dla jednego dorosłego wynosiło wtedy 20 guldenów). Odnowiciel Kościoła dostawał prawie 3 tony żyta, z którego można było wypiec 14 000 bochenków chleba i tyle słodu jęczmieniowego, by wyprodukować 5600 litrów piwa, przydział na siano i 60 kurcząt rocznie. 

Rodzina Lutrów stale powiększała się. Marcin i Katarzyna wydali na świat sześcioro dzieci, z czasem wprowadzili się też krewni Pani Doktorowej, jak na przykład najmłodszy syn jej siostry, Andreas Kaufmann a od 1529 roku – również sześcioro dzieci po zmarłej siostrze reformatora. Do Wittenbergi przybywali coraz to nowi uciekinierzy, najczęściej z krajów katolickich. Aby poprawić stan finansów, Lutrowie otworzyli bursę dla studentów w 1530. Nie ma dokładnych danych, ile kosztowało mieszkanie w Czarnym Klasztorze. Wiadomo, że mieszkało w niej najczęściej 10-20 studentów. Ogólnie, w Wittenberdze opłata za czynsz w bursie wynosiła 15-20 guldenów i wzrosła w 1538 roku aż do 30 guldenów. W październiku 1534 roku przyjaciel Lutra, Dietrich Veit, wyprowadził się z Czarnego Klasztoru, bo Katarzyna utrzymywała wyższe opłaty w porównaniu z innymi mieszkaniami dla żaków w Wittenberdze - były one równie wysokie, co w Południowych Niemczech. Bursa przynosiła tym większe korzyści majątkowe, jako że Lutrowie sami wytwarzali potrzebne produkty żywnościowe, którymi karmili też mieszkających u nich studentów. Posiadali największy żywy inwentarz w mieście, hodowali bowiem bydło, świnie, ptactwo (w klatkach na podwórzu), pszczoły i konie.

W 1541 roku Marcin kupił żonie majątek ziemski w Zölsdorf, niedaleko Lippendorfu (Saksonia), który przynosił niewielki dochód 50 guldenów rocznie. Od tego roku Doktor Luter dostawał 59 guldenów od króla duńskiego a od szlachcica saskiego – 30 guldenów rocznie.  Zgodnie z wyobrażeniami reformatora kobieta to opiekunka ogniska domowego, podczas gdy mężczyzna zajmował się sprawami rodzinnymi „na zewnątrz”, np. sprawy prawnicze. Zaradna Katarzyna czuwała przez lata nad stanem domowego budżetu a z pomocą służby prowadziła wzorcowo całe gospodarstwo. Doktor Luter podziwiał wielokrotnie  jej przedsiębiorczość: „Mojej miłej pani domu Katarzynie von Bora, kaznodziejce, właścicielce browaru, ogrodniczce i kim jeszcze więcej może być...", "Ona powozi, uprawia pole, pasie bydło, kupuje bydło, warzy piwo, a zabrała się jeszcze za czytanie Biblii, i obiecałem jej 50 guldenów, jeśli do Wielkanocy całą przeczyta! Zupełnie serio! Już jest przy 5. Księdze Mojżeszowej.”

Deputat książęcy na żywność nie wystarczał na pokrycie wszystkich potrzeb. Część produktów kupowano na rynku. Istotnym zabezpieczeniem finansów rodziny Lutrów stanowiły regularnie otrzymywane prezenty od książąt, np. dziczyznę, którą ks. Marcin jadał tak chętnie (!), wina reńskie i alzackie. Dostawali także puchary, tekstylia, świeczniki i … przynajmniej dwa zegary. W 1536 roku król szwedzki Gustaw Waza podarował reformatorowi srebrny puchar, który jego wnukowie sprzedali w 1617 roku lipskiej radzie miasta za 77 guldenów.

Podsumowując, z finansami rodziny Lutrów nie było źle, należeli oni do jednych z najlepiej sytuowanych rodzin w Wittenberdze. Niemiecki reformator był obok Melanchtona najlepiej opłacanym profesorem uniwersyteckim. Od 1525 roku Marcin Luter otrzymał 6600 guldenów, z tego opłacił współpracowników za 1975 guldenów, kupił ziemię (1541) za 2000 guldenów. Tym niemniej rzadko kiedy mówiło się w domu o posiadaniu gotówki, raczej o długach i przymusowym oszczędzaniu. Gdy jednak wittenberska drukarnia proponowała reformatorowi honorarium 400 guldenów rocznie za wydawanie jego pism, reformator stanowczo odmówił. Doktor Luter był zdania, że Słowo Boże należy głosić z przekonania, od serca a nie za pieniądze. O budżecie rodzinnym mawiał: „Mój stan finansów jest bardzo dziwny, ponieważ więcej wydaję niż zarabiam” (WA TR 3, 2130). Utracjuszem Marcin Luter nie był – zostawił po sobie majątek wyceniany na 8-9000 guldenów. W testamencie uczynił swoją żonę jedyną spadkobierczynią, co jak na tamte czasy było nietypowe. Testament, mimo potwierdzeń elektora, nigdy nie uzyskał mocy prawnej, nie wszedł w życie w pierwotnej formie. 

Po śmierci Marcina, Katarzyna wprawdzie mogła pozostać w Czarnym Klasztorze, jej sytuacja finansowa uległa jednak znacznemu pogorszeniu. Wspierali ją w tym względzie król duński Christian III oraz były mistrz krzyżacki, książę Albrecht Pruski. Podobnie jak za życia męża utrzymywała się z opłat pobieranych za wynajmowanie części klasztoru. Nadal także gotowała dla najemców.